W ubiegły piątek miałam przyjemność uczestniczyć w The Label Project. Do projektu zaproszono blogerów kulinarnych i winiarskich – ja w tym przypadku byłam na nieco straconej pozycji, gdyż spotkanie miało charakter konkursowy i polegało na degustacji wina w ciemno. Głównym założeniem projektu była walka z ocenianiem wina „po okładce”. Czytanie etykiet żywności to wegetariański nawyk, od niedawna wczytuję się też uważniej w te chemiczno-kosmetyczne składy, a z etykiety wina umiałam do tej pory odczytać tylko na ile jest ono słodkie i na ile jest czerwone.  Stwierdziłam, że mój brak jakiejkolwiek wiedzy nie może mi przeszkodzić i czas po prostu braki nadrobić – wszystko w imię chwytliwej maksymy wyczytanej na blogu The MinimalistsI wasn’t an expert until I was. Od czasu kiedy dostałam telefon do niemalże samego spotkania (a nie był to długi okres) ćwiczyłam zawzięcie swoje niewprawne podniebienie w rozpoznawaniu aromatów, kojarzeniu ich z poszczególnymi szczepami i odkrywałam z przerażeniem, że raz oliwki, a raz pigwa. Jak mi poszedł sam konkurs się jeszcze okaże, na wysłanie odpowiedzi mam kilka dni. A w zanadrzu podpowiedzi!

 

Po degustacji przyszedł czas na kulinarne radości – kolację w restauracji La Rotisserie. Byłam jedyną wegetarianką w gronie nielicznie zebranych i dostałam swoją własną wersję dań serwowanych do win. Na ile to przypadek, na ile nie, ciężko mi do końca stwierdzić – winom udało się wspaniale zagrać także z moimi daniami. Jestem też zachwycona ich smakiem (wiem, czasem brzmię jakbym miała blond loki i całkiem inne imię) – zdarzało mi się jadać w równie wykwintnych miejsach, z szefem kuchni tworzącym dla mnie rzeczy spoza karty (jedna z milszych rzeczy w byciu kulinarnie „wybrednym”) – ale nasza polska La Rotisserie wygrywa konkurs na warzywa ze smakiem. Jeśli szukacie miejsca na wykwintną kolację, ale bez mięsa, polecam jak najbardziej!

I ciekawostka na temat mitów o wegerozmowach przy niewegedaniach. To niewegetarianie poruszyli przy stoliku temat mięs, których by nie tknęli ;D A mówi się, że to nasza specjalność.

Pierwsze podane danie to mój faworyt. Tatar z borowików i pomidorów podawany ze szparagami. Fantastyczne danie, jedno z takich, za które nie wiesz jak się zabrać samemu w domu. To jest to, co cenię w wizytach w restauracjach najbardziej – niemożność odtworzenia smaku. Borowiki jadłam po raz pierwszy i właściwie może to i w nich tkwi sekret. Jako fanka jadalnych ozdób potraw, wypróbowałam oczywiście danie w pełni – razem z kroplą sosu balsamicznego i koperkiem. Wszystko na swoim miejscu! Łącznie z winem.

Następnym daniem był doskonale wyważony krem z cukinii z dodatkiem pomidorków koktajlowych i liści botwinki. Na pewno wypróbuję. Najpierw będę musiała jednak poćwiczyć doprawianie cukinii tak, by nadal smakowała jak cukinia, tylko że z obcą cukinii intensywnością.

W międzyczasie, na przeczyszczenie kubków smakowych, sorbet! Sorbet sam w sobie doskonały, choć karmelowy koszyczek obłędnie słodki – nie na moim poziomie przyswajania słodyczy.

 

Ostatnim daniem były doskonałe gnocci z sosem pomidorowo-kurkowym. Jest to mój numer jeden do próby odtworzenia, choc może z nieco bardziej rozdrobnionymi kurkami. Po nich pojawił się deser – tarta na cieście francuskim z cienko krojonymi plastrami jabłek i sorbetem. Dodatek mięty był bardzo na miejscu, znów żałuję, że nie była bardziej rozdrobniona – za pomocą łyżeczki dobieranie jej po kawałku było nieco skomplikowane. Muszę jednak przyznać, że ja na deser najchętniej zjadłabym po prostu więcej tatara z borowików.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.